żyjemy w XXI w. oraz posługujemy się internetem przy wyszukiwaniu interesujących nas rzeczy; jeżeli ktokolwiek na świecie będzie chciał znaleźć informację na temat tego, co miało miejsce 15.03.2012 w mieście nazywanym po angielsku: Budapest a co napisane zostało po polsku, to wrzuci sobie do wyszukiwarki: datę, miejsce, foto, text, polish, polnisch, polski i wyskoczy mu to, co trzeba, a jeśli jeszcze będzie znał Pana imię, lub nazwisko, albo chociaż skojarzy Pana z imieniem tego wíelkiego zbója, ktore Pan nosi a o którym pełno jest informacji w Pieśni o Nibelungach, to będzie już mądry.
Natomiast Pan wychowany jest na tradycjach XIX wiecznej nauki, która żyła książką drukowaną, cegłą i miała wciąż w pamięci barokowe jeszcze tytuły, a skoro przy uroku barokowych kształtów, to nie od rzeczy będzie przypomnieć zapytanie Wacława Potockiego (546, 15. Dzieła, T.I, 1987, s. 425):
"...Co ma sowa do orła, kaganek do słońca,
To do nabożeństw fraszki. Acz i te bez końca
Swego nie są pisane: ujdzie prawda żartem.
Kochał w synu, zmiłował się Bóg nad bękartem
Abramowym i żeby pragnąc nie umierał,
Nową dla niego anioł krynicę otwierał...".
Odciągam Pana w ten sposób od staroci i kieruję jak Dante ku nowemu życiu, bo zakładam w Uczniu duszę młodą a z dobrej jakości fotek tudzież zaprezentowanego tekstu jak równiez sumiennego podejścia do sprawy wywodzę, iż jest w Panu dużo z dziennikarza przyszłości, nazwijmy to tak.
Natomiast skoro zgodził się Pan już z moją rzeczową uwagą, iż należało jednak sfotografować w Budapeszcie Polaków i Węgrów dzielących się na ulicach radością wypływającą z dzielenia się szklanką, skoro nadarzyła się Panu okazja bycia świadkiem takiego zdarzenia na ulicy Budapesztu 15 marca 2012 r., to należało to uwiecznić z dziennikarskiego obowiązku, gdyż zgadzamy się obaj w ocenie wspólnej wartości, że nie ma w tym doprawdy nic złego, iż Polak i Węgier bratają się ze sobą dosłownie w przysłowiowy sposób, więc chciałbym także zapytać, co Pan o takiej rzeczy sądzi:
Czy w przyszłosci nie będzie Panu być może jeszcze udostępniona wyższa wiedza, na podstawie której będzie Pan mógł może inaczej ocenić oraz chcieć zatytułować wydarzenia, których dzisiaj jest Pan Kolega świadkiem?
A jak miałby wtedy dotrzeć do Pana wczorajszej relacji ktoś, kto masońskiej wiosny ludów z 1848 r. nie zna i nie chce znać z tego prostego np. powodu, że stał wtedy i stoi dziś po drugiej stronie barykady, na której zginął jego ojciec i brat a przy tym określa wszystko to, czym Pan dziś tak bardzo emocjonalnie, pozytywnie żyje jako zwykłą rewoltę manipulowanej młodzieży?
Informujemy jako dziennikarze a zarazem dokumentujemy naszą wiedzę o wydarzeniach, których jesteśmy świadkami, staramy sie przy tym być sami bardzo dobrze poinformowani, nie odcinamy się od wielowarstwowej wiedzy o faktach i kontekstach, nie cenzurujemy sami siebie, gdyż byłby to kardynalny błąd.
Podzielę sie z Panem może wspomnieniem błędu, który był dawno, dawno temu także i moim udziałem: jako młody dziennikarz Solidarności oddałem w 1981 r. sekretarzowi redakcji tygodnika, w którym pracowałem na etacie redaktora, tekst do przeczytania i publikacji wyjaśniając, że zrezygnowałem z umieszczenia w prezentowanym tekście pochwały ze strony rozmówcy pytania, które mu zadałem. Sekretarz a może Naczelny, który czytał oddany tekst jako druga osoba, także był zdania, że nie należało rezygnować z publikowania wyrazów uznania docenta w stosunku do pytania młodego dziennikarza. A mnie te słowa uznania osobiście krępowały; nie chciałem oddawać do druku rozmowy , w której ktoś chwali mnie za jakieś postawione pytanie, gdyż chodziło mi w tej rozmowie o dotarcie do prawdy, do istoty rzeczy opisywanej, a nie do laurek, czy ocen, które mogły by skupić uwagę Czytelnika na jakości pytań, czy stawiającej je osobie.
Rozmawiałem naówczas z młodym tam samo jak i ja lekarzem, który po Magdalence dopuszczony został jako osoba wtajemniczona do wielkiej, publicznej kasy, zaś kiedy pojawiłem się po 20 latach spędzonych na emigracji politycznej w jego gabinecie w Katowicach i przypomniałem przed 10 laty jako ten, który pierwszy na niego w przeszłości wskazał a przy tym dałem do zrozumienia, że wiem, na co i z kim marnuje on państwowe pieniądze; pokazałem zarazem dokument zaświadczający, iż mam zarejestrowany w sądzie na mnie osobiście tytuł czasopisma oraz wiem, jak rzecz należy nowocześnie zrobić, aby służyła Polakom i Polsce, to ten Sośnierz, który nazwisko brzmiące po polsku zawdzięcza temu, co rośnie, drzewu - sośnie, wypiął się wtedy zwyczajnie na bardzo dobrą propozycję, bo potrzebował nie pomysłów i ludzi, którym mógłby pomóc w powrocie z emigracji, lecz potrzebował na gwałt pieniędzy ze świata na jakiś zamek państwowy, który sobie w pobliżu umiłował i nawet założył w związku z oczekiwanymi darami od sponsorów zagranicznych zainteresowanych sprzedażą w Polsce zagranicznych leków, prywatną fundację i miał już otwarte konto dla niej, na które do dziś można jeszcze wpłacać, bo tak mu podpowiadała nie wartość ontologiczna zabytku, lecz użytkowa mentalność chazarska, albo koledzy esemesami, czyli tzw.: Wyższa Konieczność.
A wspomniałem o tym komplemencie sprzed lat nie dlatego, że życie staje się znośniejsze po skomplementowaniu, lecz ot tak, dla wzajemnego zrozumienia się, które jest podstawą
wtajemniczenia.
Z Panem Bogiem z Frankfurtu nad Menem mówił Stefan Kosiewski
----- Original Message -----